piątek, 10 lipca 2015

Chapter 4

Stanęłam przed wielkim domem.Wysiadłam z samochodu jak poparzona. Zamknęłam Impalę i ruszyłam do drzwi. Otworzyłam je.
- Mia?-zapłakana kobieta siedziała na podłodze, ze szklanką napełnioną bursztynowym płynem. Podeszłam bliżej i usiadłam na kanapie.Wszędzie były rozrzucone  jakieś gruchoty.
-Gdzie Hazel?-zapytałam bez zastanowienia
-Siedzi w swoim pokoju.Ciągle pyta o ojca,kompletnie nie wiem jak jej to powiedzieć.-pokręciła głową ze łzami w oczach.-Nie dam sobie sama z nią rady.-wypiła zawartość szklanki
-Pogadam z nią-podniosłam się i udałam na górę.
Zapukałam do pięknie wystrojonych drzwi w różnokolorowe kwiaty
-Tata?-usłyszałam cienki głos Hazel
-Ciocia Mia,skarbie.Otwórz,proszę-szczęknięcie zardzewiałego zamka dało o sobie znać.Zza progu wyjrzała mała dziewczynka z jasnymi włosami,tak samo zapłakaną jak Jules.-Co jest,maluchu?-ukucnęłam
-Mamusia na mnie nakrzyczała.-wyciągnęła ręce. Podniosłam Hazel
-Muszę z tobą porozmawiać maluchu.-wyszeptałam jej do ucha
*Dean*
-Dobra,w takim razie,klątwa?-przeglądałem z Samem artykuły na temat śmierci przodków Mii
-Coś w tym rodzaju.-brat grzebał w komputerze.Przewróciłem stronę.
-Jak to się stało,że ten sukinsyn nie zginął?-podkreśliłem długopisem daty
-O kim dokładnie mówisz?- wyłonił głowę znad komputera
-O ojcu małej.-przypiąłem gazetę do tablicy korkowej
-Właściwie to,sam nie wiem.-odwróciłem się
-Mogę w czymś pomóc?-odsunąłem się od Castiela .
-Cas! Naucz się nie pojawiać z…-szukałem odpowiedniego słowa-niewiadomokąd!
-Tak,potrzebujemy pomocy-Sam odwrócił komputer
-Słucham.-anioł usiadł na krześle naprzeciwko Sammy’ego
-Potrzebuję  informacji czy któreś z tych ludzi było podejrzewane o coś lub skazane.-podał mu listę na której znajdowały się nazwiska  krewnych Mii
-Skąd mam to wziąć?-Cas przekrzywił głowę
-Chciałeś pomóc czy nie?-uniosłem głos
-Tak,ale…
-Albo szukasz tego gówna albo możesz odpuścić!-krzyknąłem.Castiel zniknął
-Nie powinieneś na niego krzyczeć,Dean.-brat zamknął laptopa
-W każdej chwili mała może zginąć,a ty oczekujesz,żebym był spokojny?!-wstałem
-Nawet kiedy Lisa mogła zginąć nie bałeś się o jej życie,a o tej dziewczyny boisz?-pochylił się nad rękami
-Jest jedyna,której powiedziałem o tym czym się zajmujemy.-nie zmieniłem tonu głosu- Zaakceptowała bawienie się w strzelanie do wampirów,wendigo,zombie.
-Stój.-podniósł się- Powiedziałeś jej,a ona po prostu ci uwierzyła?-uniósł brwi
-Mam całkiem niezły dar przekonywania.-uśmiechnąłem się pod nosem
-Ufała ci? Tak po prostu ci zaufała.-założył ręce
-Mam to o co prosiliście.-anioł położył kartkę na biurku
-Dzięki.-podniosłem ją-Tak jak myślałem.-wszyscy czyści oprócz ojca Mii
-Co tam masz?-wskazał głową Sam
-Cas,masz robotę w niebie?U szefa?-spytałem się nie patrząc na niego
-Przyszedłem tu żeby pomóc.Nie mam rozkazów.-usiadł na łóżku
-Jeśli Mia nie została o nic oskarżona lub nie ma nic na sumieniu-zginie. – rzuciłem kartkę na stół.

-Nie,jeżeli to zabijecie.-odezwał się mężczyzna w prochowcu

Chapter 3

*Mia*
-Kim on tym razem jest?- powiedziałam cicho do Deana, zakładając ręce na piersi
-Nazywam się Castiel.- mężczyzna w płaszczy podszedł do mnie i podał rękę
-Nazwisko?- wstrzymałam się z wyciągnięciem mojej dłoni
-Co to jest?- przekrzywił głowę
-Nie jest człowiekiem?- zwróciłam się do łowcy nie patrząc na niego
-Jestem aniołem.- Castiel zaczął się bujać w przód i w tył. Prychnęłam.Ponownie dał mi znać,że czegoś nie rozumie
-Aniołem?-uniosłam brwi. Podeszłam do niego i zmierzyłam wzrokiem. Był wyższy. Oraz przystojniejszy
-Gdzie twoje skrzydełka?-podparłam się pod boki.Jego niebieskie oczy nabrały ciemniejszej barwy .Z ciemności wyłoniła się para hebanowych ,rozłożystych skrzydeł.-Rozgniewałam cię?-podeszłam bliżej. Wyglądały jak z bajki
-Słucham?-spojrzał na mnie-Co dokładnie widzisz?
-Czarne,błyszczące skrzydła,a za nimi jasną poświatę.-opisałam je-A co?-wyciągnęłam rękę
-Lepiej nie dotykaj.-ostrzegł mnie. Nagle zadzwonił telefon.Na wyświetlaczu pojawił się numer ojca.
 Nie cofnęłam ręki.Anioł złapał mnie za nadgarstek.-Możesz się poparzyć.-przewróciłam oczami
-Któryś z was mógłby odebrać?-spojrzałam na nich.Castiel sięgnął po komórkę pierwszy i nacisnął klawisz
-Halo?-przeniosłam wzrok na jego krawat.Nie umie wiązać go poprawnie-Do ciebie-podał mi telefon
-Tato?-przełknęłam ślinę
-Matka i twój brat nie żyją a ty już się szlajasz z jakimiś facetami?!-uniósł głos
-Jestem z moim dawnym przyjacielem.-spuściłam głowę i bawiłam się koszulką
-I tak po prostu zostawiłaś tam wszystko na miejscu?!-krzyknął
-Ja…-próbowałam się tłumaczyć
-Aż ciężko mi przyznać że po śmierci brata jesteś jedyną spadkobierczynią.-usiadłam
-To znaczy,że mam dom?-westchnęłam
-Niestety.-odpowiedział po raz ostatni.Nie muszę gnić w moich czterech kątach,trochę mi ulżyło
-Zawieź mnie do mojego mieszkania-zwróciłam się do Deana-A potem do pracy
-Dziś sobota.
-Myślisz,że normalni ludzie nie pracują w weekendy?-wstałam-Jak nie chcesz,mogę sama prowadzić.-rzucił mi kluczyki
-Zarysujesz-płacisz.-stanął w drzwiach.Zaskoczona ruszyłam do auta-Telefon!-krzyknął.Zawróciłam i złapałam za komórkę znajdującą się na jego dłoni.Kiedy miałam już się odwrócić,złapał mnie za ramię.
-Co?-wybąkałam.Tylko na tyle mnie było stać w jego obecności.
-Dzwoń jak cokolwiek dziwnego się zdarzy.-Cholerny ,dyplomatyczny język. Zawsze mnie wkur….wkurzał.
-Poradzę sobie.-schowałam telefon do kieszeni,poprawiając włosy.
-Nie wątpie,wojowniczko.-kiwnął głową z uśmiechem.Przewróciłam oczami i ruszyłam do starej Impali.
Przed otwarciem drzwi przyjrzałam się śladom zadrapań. Znam ten samochód jak własną kieszeń,tyle razy byłam nim podwożona…Nigdy nie pomyślałabym,że będzie wyglądam jak zwykły gruchot. Ale przecież to nie jest zwykły samochód,prawda?
Przeżył więcej niż można się spodziewać. Ślady po wgnieceniach pasowały do tego auta.
-Nie umiesz wsiąść do samochodu?-odwróciłam się  zaskoczona
-Ja,tylko… Zamysliłam się.-wsiadłam do samochodu. Dean pomachał mi i zamknął drzwi.Zaraz potem zadzwonił telefon.Nacisnęłam zielony przycisk
-Jules?-kobieta płakała-Jules,posłuchaj,wszystko jest okej,dobrze?
-Mia,przyjedź,proszę.-wyjąkała
-Zaraz będę,obiecuję.-odpaliłam silnik.Szybko,ale ostrożnie pojechałam do pobliskiego miasta


czwartek, 9 lipca 2015

Chapter 2

-Nad czymś myślisz-Dean rzucił kluczyki od auta na stół.- Albo jesteś po prostu śpiąca.-przeładował pistolet.Wzdrygnęłam się. Ojciec piętnaście lat temu postrzelił mnie w ramię, kiedy był pijany. Od tej pory nienawidzę każdego rodzaju broni.-Nie strzelę do ciebie.-poczułam słoną wodę spływająca po moich policzkach. Łzy.-Mi.- skrót stary, ale jary.-Spójrz na mnie.-schował strzelbę pod poduszkę. Podszedł do fotela.
-Patrzę i widzę faceta, który zostawił mnie kiedy najbardziej tego potrzebowałam.-wybuchłam. Źle.-Nie rozumiesz, że nienawidziłam cię jak opuściłeś miasto? -wstałam – Ojciec mnie postrzelił, Dean –krzyknęłam- Mogłam umrzeć.- strumyki łez wylewały się z moich oczu
-Ale żyjesz.-powiedział niezwykle spokojnym tonem.-A ja zrobiłem to żeby cię chronić.
-Wykorzystałeś moje zaufanie.-prychnęłam- Znałam cię od podstaw. Uwiodłeś mnie i zaciągnąłeś do łóżka.-wytarłam pospiesznie twarz- Tylko tego chciałeś.
-Powiedziałem ci wszystko. Byłaś pierwszą dziewczyną jakąkolwiek miałem. –uniósł głos- Czy ty myślisz,że przypadkowej osobie mówiłbym o demonach?
-Tak.-delikatnie ściszyłam głos
-Masz racje,ale…
-Ale co? Znam cię od dwudziestu siedmiu lat.-założyłam ręce na piersi
-Jesteś moim odbiciem,Nick.-spojrzał na mnie
-Nie.-zaprzeczyłam.
-Nie lubisz jedzenia? Nie poświęciłabyś wszystkiego dla rodziny? Nie lubisz spać? Nie uspokajasz mnie?-wymieniał.Spuściłam głowę.-To jesteś cała ty.Cały ja.-odwrócił się. Poszedł do kuchni.To takie typowe dla niego.Położyłam się na kanapie.Przekręciłam głowę-Co?-miał buzię pełną biszkoptu,więc niewyraźnie mówił
-Jak zawsze rozśmieszasz mnie po kłótni.-przykryłam się kocem i poprawiłam poduszkę.Dean poszedł do łazienki. Po chwili wrócił. Kiedy zobaczyłam bruneta w koszulce i bokserkach odwróciłam głowę w drugą stronę.Oczy skleiły mi się.
***
Śniła mi się śmierć Chrisa. Z krzykiem podniosłam się do pozycji siedzącej. Dean wyjął pistolet przed otwarciem oczu.Uchylił powieki.
-Nie strasz mnie.-powiedział oschle i schował strzelbę z powrotem. Zaczęłam płakać.Zielonooki wstał,podszedł do kanapy i wziął mnie na ręce.-Co ty robisz?-wyjąkałam przez łzy.
-Śpisz ze mną.-ton głosu pozostawał niezmienny.Położył się na łóżku,układając mnie obok. Ułożyłam rękę na ramieniu Winchestera i zasnęłam.
***
*Dean*
Obudziłem się,gdy Sam otworzył drzwi i wszedł do środka.
-Czy ja nie mogę zostawić cię samego na jedną noc?-spojrzał na mnie i Mię
-Właściwie to się pokłóciliśmy.-objąłem Mi ramieniem –Ale potem co miałem zrobić,jeśli śnił jej się koszmar?
-Dać tabletkę na sen.-wyjął pistolet i rzucił go na komodę
-Znam ją prawie całe życie.-puknąłem się w głowę
-Mówisz?-rzucił mi artykuł-Steven Blanc.Jego rodzice zmarli,kiedy miał dwadzieścia dziewięć lat. To nie przypadek.
-Opublikowano czterdzieści lat temu.-zabrałem rękę i spojrzałem  na zdjęcia.Młoda,piękna dziewczyna.Obok równie przystojny mężczyzna.
-Elizabeth oraz Alfred Blanc.-usiadł przy łóżku-Mieli sześćdziesiąt lat.
-Były przypadki rodzeństwa?-dziewczyna przycisnęła moją koszulkę
-Co dwieście lat.-poruszyłą się-Za każdym razem 43 lata kiedy ginęli.-otworzyła oczy- Dzień dobry.
-Hej.-prześwidrowała mnie spojrzeniem.-O co chodzi?-przeniosła wzrok na mojego brata.
-Rozmawiamy o twojej rodzinie.-podał jej wycinki z gazet.
-Wczoraj zmarł mój starszy brat i matka,a ty mi dajesz taki świstek?Nawet nie wiem czy to wszystko co ten palant mówił jest prawdą,Sammy.-wstała.
-Zostawić was samych?-kiwnął palcem.
-Jeśli chcesz rozniesiony dom…-wzruszyłem ramionami.Podniósł się i wyszedł. Jego miejsce zastąpił Cas
-Dzień dobry.-spojrzał na nas
-Co?-powiedzieliśmy chórem-Przestań.-krzyknęliśmy do siebie
-Ugh.-powtórzyła sama.


środa, 8 lipca 2015

Chapter 1

Wstałam wcześnie, tak jak miałam. Otworzyłam oczy. Chris był przykuty do ściany, płonął. Natychmiast krzyknęłam. Do pokoju wbiegł zielonooki mężczyzna. Śniło mi się to wcześniej, bez niego. Strach oraz paraliż zawładnęli moim ciałem. Ściany powoli zaczęły się osuwać. Wszystko pochłaniał ogień. Płomienie podążały ku mojej osobie.
-Chodź!- krzyknął w moją stronę. Szybko złapałam walizkę i torebkę. Brunet wyciągnął rękę. Chwyciłam za nią. Mamy nie było. Trzymałam się myśli, że nic jej nie grozi. Musiała wyjść z tego cało. Nie ma innej opcji.-Jesteś cała?- mężczyzna wyprowadził mnie z budynku. Było już ciemno.Za parędziesiąt minut powinno widać księżyc.
-Raczej tak.-łzy spłynęły mi po policzkach. Połykałam jedną po drugiej ciężko oddychając. Zielonooki wsadził mnie do Impali. Kojarzę ten samochód, niestety wtedy nie wiedziałam skąd. Z niebezpieczną prędkością podjechał pod ciemną chatkę. Wszystko w idealnym stanie. Oczywiście na zewnątrz. Nigdy jej nie widziałam, ale wciąż te fakty wiązały się ze sobą tak cienką nicią, że nie mogłam sobie za żadne grzechy przypomnieć wspólnych szczegółów.
Pozostało zadać sobie dwa pytania. Co jeśli mama zginęła wraz z Chrisem?
-Kim do jasnej cholery jesteś?- drugie wypowiedziałam na głos.
-Zboczeńcem, który będzie cię przetrzymywał dla okupu.-uśmiechnął się czarująco. Był w mniej więcej moim wieku, bo mogłam dostrzec już pojawiające się zmarszczki.
-A mogę znać imię?- uniosłam brwi. Uznałam to za żart.
-Dean.-kolejny powiązany fakt. Mam zbyt krótką pamięć.-Obiecaj mi coś.-wysiadł i złapał za walizkę oraz torbę.
-A mogę ci ufać?- opuściłam samochód.
-Porywaczowi, który zabrał cię z płonącego domu? To już twoja sprawa.-spojrzał na mnie.
-Coś sprawia, że mogę ci ufać. Zaryzykuję.-podeszłam do drzwi
-Wychodzisz tylko ze mną.- wyprzedził mnie i otworzył drzwi- Sammy- wrzasnął- Odhacz ulicę przy banku.- kolejny element układanki. Wkroczył wspomniany facet. Włosy sięgały mu do ramion.-Chris Blanc i Samantha Blanc.-Dean spojrzał na mnie.
-Jules, Hazel i Maia żywe, tak?- podszedł zupełnie tak, jakby mnie nie było.
-Steven też.-założył ręce na piersi
-Ona to która z ocalałych?- kiwnął na mnie głową
-Maia. Prawie najstarsza.-ominęłam bruneta
-Czemu ją przyprowadziłeś? Znasz zasady. Nie przywozimy tych którzy przeżyli.
-Słyszę.-Sam zaczął szperać w kieszeni. Wypadła z niej figurka. Zielonooki sięgnął po nią-Widziałam jak Mary miała tą rzeźbę.-mężczyźni wymienili ze sobą spojrzenia. Byłą wspaniałą opiekunką.- zabrałam mu ją.
-Znałaś naszą matkę?- dokończył układankę. Chevrolet Impala Johna Winchestera,Dean,jego brat Sam,zaufanie do niego i poczucie humoru.
-Dean Winchester.-usiadłam na fotelu.-Sammy.Samochód. Pożar. Pistolet za pasem.-spojrzałam nich.
-Wszystko się zgadza.-Sam kiwnął głową-A ty jesteś….?
-Maia Devoux.-wyprzedził mnie starszy z braci.
-Ah.To ta dziewczyna w której najdłużej się kochałeś.-zielonooki zbliżał się- Twoja żona?-uniósł brwi
-Coś w tym rodzaju.-kiedy był dostatecznie blisko mogłam spojrzeć w mieszaninę barw w jego tęczówkach. Brąz,zieleń oraz błękit biły się o dominację.
-Bawiłam się z tobą na placu zabaw jak miałam dwa lata.-oczy błyszczały mu od światła lampy
-Pamiętam.-roześmiał się
-Mary i John byli tacy szczęśliwi.-Sam poruszył się a Dean zaczął poważnieć
-Nie żyją.-wydusił z siebie.
-Muszę wyjść.- Sammy szybko opuścił pomieszczenie. Nie powinnam tego mówić. Wstrząsnęło nim to. Nie wiem czy bardziej niż mnie wiadomość, że nie żyją.
-To był jej pogrzeb?- przeniosłam wzrok z drzwi na pozostałego mężczyznę-Kiedy płakałeś przy pomniku i…
-Ojciec próbował mnie uspokoić, a wyszło tak, że tylko pogorszył sprawę i ty musiałaś wkroczyć?- dokończył- Tak.- nasza rozmowa właściwie tak się skończyła i jedyne co mi pozostało to usiąść. W bezruchu umiejscowiona na fotelu analizowałam dzisiejszy dzień. Straciłam dwoje najbliższych mi osób.